
Oddział ginekologiczno–położniczy w Lesku przestał działać w lipcu 2025 roku. Ten fakt urósł do rangi manifestu lokalnej społeczności bieszczadzkiej, w tym wywodzącego się z niej personelu medycznego. Opisane wydarzenia wpisują się jednak w szerszy obraz paraliżu struktur. Dobro wspólne ustępuje pola bezdusznym arkuszom zewnętrznych firm. Rzeczpospolita – reprezentowana przez rzesze urzędników – przestaje być „rzeczą pospolitą” (rzeczą publiczną): wyraźnie lekceważy zapisy Konstytucji dotyczące ochrony zdrowia (art. 68). Kiedy prawnicy i doradcy restrukturyzacyjni analizują kodeksy w komfortowych gabinetach, do ich idealnie wyciszonych pomieszczeń nie dociera informacja: pielęgniarki otrzymują jedynie 75% pensji. Dla kobiet w ciąży trasa do lekarza nie jest już mierzona w kilometrach. Teraz to przede wszystkim czas wypełniony paniką o los nienarodzonego dziecka.
Cena strachu. Jak wartościowe jest zdrowie mieszkańców powiatu leskiego?
Urzędnicy rezydujący w stolicy pod pojęciem reformy widzą głównie rzędy cyfr w arkuszach kalkulacyjnych. Ale nie o cyfry tu chodzi, a o ludzi. Mieszkanki okolic Leska: skrupulatnie liczą minuty, które zajmuje droga do szpitala, gdy mroźna aura zamienia jezdnie w niebezpieczne pułapki. Kiedy znikają porodówki w małych ośrodkach, dochodzi do faktycznej segregacji terytorialnej.
Ciężarna jawi się systemowi jako „jednostka kosztowa”. Jej błąd polega na tym, że rodzi w miejscu pozbawionym odpowiedniej skali. Czy jednak Konstytucja uzależnia opiekę medyczną od adresu domowego? Artykuł 68 wyraźnie mówi: „Każdy ma prawo do ochrony zdrowia”. Lesko pokazuje, że ten zapis już się zdezaktualizował. Kobiety wołają o pomoc w placówkach oddalonych o dziesiątki kilometrów. Te zaś często pękają w szwach lub mierzą się z własnymi kłopotami kadrowymi. Najbliższa sala porodowa działa w Brzozowie – około 40 kilometrów od Leska. Jeśli brakuje tam wolnych łóżek albo zaspy uniemożliwią podróż, pozostaje jedynie Rzeszów. 90 km, słownie: dziewięćdziesiąt kilometrów.
Biały fartuch jako symbol upokorzenia – praca za trzy czwarte stawki
Przypadek z Leska stworzył precedens, który budzi strach pacjentów w całym kraju. Zarząd szpitala zdecydował się tam na drastyczny krok. Uciął pensje do 75%, a jednocześnie straszy załogę kolejnymi cięciami. To jawna zniewaga. Ludzie, którzy przez dekady dbali o dobre imię szpitala, odbierają dziś karę za nieswoje błędy. System załamał się pod ich nogami.
„Zostaliśmy zmuszeni do finansowania długu szpitala własnymi pensjami. To nie jest restrukturyzacja, to jest haracz nałożony na personel” – słychać głosy na korytarzach podkarpackiej placówki. Płacą za to przede wszystkim pacjenci. Szokuje postawa menedżerów, którzy uznają podobne metody za nieunikniony koszt. Dyrekcje rezygnują z twardych rozmów o większe pieniądze z NFZ czy dodatkowe fundusze od właściciela placówki. Dlaczego? Wolą automatycznie wdrażać prawo restrukturyzacyjne , które przygotowali dla nich wynajęci doradcy restrukturyzacyjni. Najważniejsze, żeby optymalizacja została „dowieziona” w terminie.
Algorytm procesów „restrukturyzacyjnych” – kto zarabia na wdrażanych cięciach finansowych?
Obok ludzkich tragedii pacjentów oraz personelu rozkwitł dochodowy sektor doradztwa restrukturyzacyjnego. Sytuacja SPZOZ w Lesku pokazuje mechanizm, pod którym kryje się postępowanie o zatwierdzenie układu częściowego. Urzędowa nowomowa (maskowana nowoczesną korpomową) zasłania faktyczny stan rzeczy. Specjaliści surowo punktują dokument, który stworzyli doradcy restrukturyzacyjni leskiej placówki. Wytykają mu brak konkretów – próżno szukać tam jasnych kroków czy pewnego źródła gotówki na spłatę zobowiązań. Więcej: wskutek tego programu „restrukturyzacyjnego” kondycja szpitala jest jeszcze gorsza. Dodatkowo obrana droga budzi poważny (ochrona zdrowia!) opór moralny i legislacyjny (szpital powinien korzystać z ustawy o działalności leczniczej). Efektem tego jest… mniejsza dostępność pacjentów do swojej placówki zdrowia.
Porozumienie dotyczy zaledwie 22 mln zł. Tymczasem kwota, którą winna jest opisywana placówka medyczna, przekroczyła już pułap 89 mln zł, a dzisiejsze szacunki mówią nawet o 100 mln zł – zadłużenie stale rośnie równolegle do procesu naprawy. Podobne zabiegi całkowicie zniekształcają sens tego, jak ratować szpitale. Zamiast przywracać stabilność, decydenci po prostu blokują przelewy dla dostawców sprzętu i usług. Uderza to rykoszetem w całą sieć szpitali. Tracą na tym najsłabsi: rodzące kobiety i pielęgniarki.
Konfrontacja przed Sądem Najwyższym – interesy branżowe kontra litera prawa
Przypadek oddalonego od największych miast Leska posłużył środowisku doradców restrukturyzacyjnych jako poligon do testów nowych metod. Podmioty te usilnie forsują przepisy prawa restrukturyzacyjnego w relacji do szpitali publicznych. Ignorują one jednak fakt, że placówki medyczne – wedle obowiązujących ustaw – nie mogą upaść, skoro ich byt zapewniają fundusze publiczne. Wspomniany wrzesień 2025 roku przyniósł werdykt Sądu Rejonowego, który odrzucił układ w Lesku. Sędziowie uznali, że SPZOZ… nie posiada zdolności restrukturyzacyjnej. Lobbyści, wyposażeni w opinie prawne od autorów tychże przepisów, nie przerywają jednak ofensywy. Spór trafił przed oblicze Sądu Najwyższego.
Dlaczego ten temat budzi takie emocje? Doradcy restrukturyzacyjni pragną wykreować zyskowną niszę usług dla podmiotów publicznych. Szukają korzyści w sektorze zabezpieczonym przez państwo lub samorząd. Ten model biznesowy żeruje na ułomnościach publicznego systemu, którego prymarnym celem nie jest przecież zysk. Jedno się nie zmienia: wysokie prowizje dla doradców restrukturyzacyjnych drenują puste kasy szpitali, choć to my finansujemy ten proceder.
Widmo demograficznej zapaści krąży nad prowincją
Kiedy w Lesku znikają oddziały ginekologiczne, nie chodzi jedynie o mapy dojazdu. To laboratorium przyszłych działań wymierzonych w lokalne społeczności. W obliczu fatalnych wskaźników prokreacji instytucje państwowe przekazują parom bezlitosną prawdę: „Macierzyństwo na prowincji jest luksusem, za który zapłacicie strachem”. Restrukturyzacja, przez którą zwija się porodówki, napędza groźny mechanizm. Młodzi wybierają aglomeracje, ponieważ tamtejsze szpitale dają gwarancję spokoju, co jeszcze bardziej przyspiesza opisany proces. „Restrukturyzacja sieci”? To już nawet nie jest Polska B: obserwujemy systemowy demontaż Polski powiatowej.
Sądowy impas? Ścieżka zdrowia wyznaczona przez doradców restrukturyzacyjnych
Kiedy Sąd Najwyższy rozstrzyga o losie szpitala, na jaw wychodzi potężna wyrwa w przepisach. Ktoś usilnie narzuca komercyjne instrumenty finansowe wewnątrz sektora państwowego. Adwokaci wymieniają teoretyczne argumenty, a w tym czasie ośrodek medyczny tkwi w próżni. Taka stagnacja przynosi profity – kancelariom oraz doradcom restrukturyzacyjnym.
Gdy decydenci forsują prawo restrukturyzacyjne w medycynie, dochodzi do absurdu. Skoro stawką staje się ludzkie zdrowie oraz kondycja pacjentów, logika zysku zawodzi: procedury pasujące do bankrutujących zakładów produkcyjnych tracą sens. To uderza bezpośrednio w zapisy Konstytucji RP (Art. 68, pkt 2: „Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych”). Obecna matnia prawna ułatwia blokadę przelewów. Zamiast realnych zmian powstają jedynie drogie- ekspertyzy-oszczędności. Sensowny plan, nomen omen, uzdrowienia systemu wciąż nie powstał.
Prawidłową ścieżkę wyznacza ustawa o działalności leczniczej. Wymusza ona wspólny wysiłek ZUS, NFZ oraz Ministerstwa Zdrowia. Szpitale realizują przecież konstytucyjny obowiązek opieki nad obywatelami („dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych”). Małe przedsiębiorstwa działają na zupełnie innych zasadach i nie dźwigają takiej odpowiedzialności.
Wstęp do prywatyzacji?
Należy podkreślić znaczenie banków i funduszy, bo to one kontrolują większość długów leszczyńskiego SPZOZ. Programy restrukturyzacyjne, które uderzają w słabe kobiety i oszczędzają wpływowych wierzycieli, jawią się jako odwrót państwa od misji publicznej na rzecz wielkiego biznesu. Możliwe, że to wstęp do wyprzedaży polskich szpitali na rzecz obcego kapitału. Czy placówki medyczne rzeczywiście próbują wyjść z finansowej zapaści, szukając ratunku u prywatnych inwestorów?
Brak pomocy z resortu zdrowia, BGK czy Ministerstwa Sprawiedliwości wpycha kadrę zarządzającą prosto w ramiona firm restrukturyzacyjnych. Dyrektorzy zazwyczaj nie mają fachowej wiedzy o zawiłych procesach układowych. Obserwujemy systemową patologię – rządzący dopuszczają sytuację, w której należności za pomoc chorym stają się zwykłym produktem rynkowym, ubranym w słowo „restrukturyzacja”. Ostateczny rachunek za te operacje regulują położne, ponieważ to im obcina się comiesięczne pobory.
(Nie) każdy ma prawo do ochrony zdrowia?
Likwidacja oddziałów położniczych stanowi jedynie wstęp do głębszego kryzysu. Obserwujemy właśnie starcie o to, jak działa państwowa medycyna – rozstrzygnie się, czy system wesprze ludzi, czy raczej utonie w sieci biurokratycznych wykrętów oraz kreatywnej księgowości. Trzeba wprost sformułować palący dylemat: czy Rzeczpospolita zamierza realnie dbać o pacjentów i pacjentki? A może jedyna oferta władzy to uciążliwa podróż do ośrodka wojewódzkiego oddalonego o prawie 100 kilometrów?








